Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park

Puerto Colombia to idealna baza wypadowa do trekingów i wędrówek po Parku Narodowym  Henry Pittier. Najstarszy  i najbardziej  znany park narodowy  w Wenezueli wart jest odrobiny wysiłku i kilku wydanych dolarów.

Jako, że idziemy najprawdziwszej  dżungla to decydujemy się na wynajęcie  przewodnika – wybieramy osobę poleconą  przez naszą niemiecką gospodynią. Która to też podkreśla nieustannie ryzyka samodzielnej wyprawy do dżungli i konieczność zakupienia jakiejś usługi gajdingowej.  Niestety okazuje się to być kolejną ściemą – po pierwsze do dżungli można bez problemów pójść samemu, po drugie nasz przewodnik jest być może i bardzo doświadczony, ale niestety mało zainteresowany swoją rolą. Owszem zna dżunglę jak własną kieszeń – mieszkał w niej sam przez kilka lat, ale rola przewodnika wyraźnie go męczy. Przez pól  dnia mówi  może z 20 zdań, niczego w zasadzie nie wyjaśnia ani nie pokazuje – widać, że chce jak najszybciej odwalić tę katorgę 😊

Na szczęście dżungla broni się sama  – park narodowy Henry Pittier obejmuje jeden z najbardziej zróżnicowanych i najbogatszych ekosystemów na świecie. Nie jest to sensu stricto las deszczowy a tzw.  las chmurowy czy las mglisty (Cloud  forest / Fog forest) czyli formacja rozwijająca się w miejscach gdzie jednocześnie jest wilgotno, deszczowo i górzyście. Cordillera de la Costa to wręcz modelowe miejsce tego typu – jest tu mokro, błotniście, ale i zaskakująco chłodno.

Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (1)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (3)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (7)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (4)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (5)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (6)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (9)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (8)
Dżungla i ptaki czyli Henry Pittier National Park (10)

Chodzi się po takim lesie niezbyt łatwo – trzeba przedzierać się przez gęstwinę splątanych roślin, co jakiś czas przełazić przez rzeczki, ale w sumie zabawa jest przednia. Tyle, że podziwiać można w zasadzie florę Parku, fauna kryje się w gąszczu i  poza kilkoma owadami nic nie jesteśmy w stanie niczego dostrzec. To zresztą typowe doświadczenie jakie spotyka mnie w każdej dżungli – słychać intensywne dźwięki, śpiewy ptaków, ale prawie nic nie widać. Za to roślinność jest niezwykła – epifity, liany, drzewiaste paprocie, liście monstrualnej wręcz wielkości i kolorowe kwiaty.

Co zaskakujące – okazuje się, że znacznie łatwiej znaleźć jest jakiekolwiek  zwierzęta  na obrzeżach dżungli czy nawet ogrodach okolicznych miasteczek. Ponieważ w następnym dniu przewodnik nie przychodzi na umówione spotkanie (chyba tak mu obrzydła ta rola 🙂 ) decyduję się na samotny spacer. Niemka twierdzi, że okolice miasteczka za dnia jest w miarę bezpieczne, więc włóczę się po pobliskich lasach i ogrodach. W ciągu zaledwie kilku godzin eksplorowania udaje mi się zobaczyć kilkanaście gatunków ptaków, bajecznie kolorowe motyle, jaszczurki i żółwie.