Llanos – kraina wielkiej wody, część I

Rano nasz nocleg na Llanos okazuje się tylko nieco mniej traumatyczny – co prawda ilość insektów po nocnym polowaniu wyraźnie zmalała, ale za to można całościowo ocenić jakość naszego „hotelu”. Agroturystyka w wydaniu wenezuelskim to kilka bardzo prostych, betonowych domków z mocno już zdezelowanymi łóżkami. Łazienka czysta, choć każda aktywność higieniczna odbywa się w towarzystwie kilku dorodnych ropuch 😊

Reszta oferty okazuje się być jednak znacznie lepsza – gospodarze są przemili, troszkę nie rozumieją naszego nocnego wzburzenia – karaluchy i skolopendry to tutaj przecież standard, nie widzieli powodu żeby coś z nimi zrobić przed przyjazdem gości. Bardzo się starają – jedzenie jakie dostajemy jest naprawdę super, wszystko świeże, smaczne i ekologiczne. Warzywa i owoce z ich ogrodów, ryby z rzeki i oczywiście słynna, tutejsza wołowina.

Plan atrakcji też jest bogaty – w końcu nie mamy tutaj odpoczywać a poznawać dziką przyrodę. W tym obszarze żadnego zawodu nie było – Llanos to taka południowoamerykańska wersja Serengeti, dzikie, pełne zwierząt miejsce. Oczywiście inaczej niż w Afryce nie dominują tu wielkie ssaki – to kraina gadów, ptaków i ryb.

Llanos - kraina wielkiej wody, część I (2)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (1)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (4)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (3)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (6)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (5)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (7)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (628)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (662)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (642)
Llanos - kraina wielkiej wody, część I (659)

Llanos to obszar rozległych sawann zajmujących około jednej trzeciej powierzchni Wenezueli – przez wiele lat w ogóle nie był znany i odwiedzany przez obcokrajowców. Pod koniec XIX wieku stał się on ważnym miejscem wypasu bydła, powstały tutaj olbrzymie rancha, a prowadzona ekstensywnie gospodarka paradoksalnie pozwoliła na uchronienie tutejszej przyrody przed większą dewastacją. Do dziś nie jest to park narodowy, ale ilość spotykanych tu zwierząt naprawdę oszołamia – pod tym względem w Ameryce Południowej tylko brazylijski Pantanal może z nim rywalizować. Oczywiście dżungla amazońska jest bogatsza pod względem ilości żyjącej w niej gatunków – ale (jak pamiętam z Ekwadoru) nie jest w niej łatwo cokolwiek zobaczyć. To zresztą stała zasada obowiązują wszędzie – tutaj, w Afryce czy na Subkontynecie Indyjskim – optymalnym miejscem do obserwowania dzikich zwierząt są trawiaste sawanny.

Llanos nie są zresztą typową sawanną, mało jest tutaj dużych drzew, za to obszar jest skrajnie podmokły, w zasadzie przez połowę roku to olbrzymie bagna, ponoć największe na świecie. Dlatego chyba lepiej jest porównywać Llanos nie z Serengeti a Okawango – wielkie trawiaste obszary zalewowe.

My trafiamy pod koniec pory deszczowej, już specjalnie nie pada, ale wody jest wszędzie jest dużo. Ma to swoje zalety – łatwiej się poruszać łodziami no i jest wyjątkowo pięknie, ale za to dużo trudniej wytropić jest niektóre zwierzęta.

Rano ruszamy łodzią w dół  rzeki – mamy szukać delfinów rzecznych i  żółwi matamata. Pierwsze spotykamy tuż obok hotelu – inia amazońska (Inia geoffrensis), bo tak się ten ssak nazywa jest jednym z trzech gatunków żyjących jeszcze delfinów słodkowodnych (pozostałe to delfin mały żyjący w La Plata, suzu żyjący w Gangesie i Indusie, delfin chiński już niestety wyginął). Inie są bardzo ruchliwe i w zasadzie nie da się im zrobić zdjęcia, ale dostrzegamy ich charakterystyczne szaro-różowe ubarwienie. To duże zwierzę dochodzące nawet do 2,5 metra wielkości, nie musi więc obawiać wszechobecnych tu kajmanów.