Mole NP. Wędrując pośród słoni

Park Narodowy Mole – miejsce gdzie można wędrować po sawannie. Wędrować a nie jeździć zamkniętym w dżipie. To zasadnicza różnica – zupełnie inne doświadczenie poznawcze, inny poziom emocji. Moje dotychczasowe przygody safaryjne miały nieco inny wymiar – podglądanie zwierzaków z samochodu było super, to w końcu szansa na zobaczenie dzikiej przyrody, której obecności w Europie trudno jest już doświadczyć. W zasadzie każdy z odwiedzonych w Kenii, Tanzanii czy Ugandzie parków był świetny, zwierząt było w nich naprawdę dużo, ale… eksploracja sawanny na piechotę to dla mnie coś całkiem nowego.

Park Narodowy Mole zaskakuje nas na plus – niskimi cenami, małą ilością turystów i prawie namacalnym kontaktem z dziką przyrodą. W dosłownym sensie – dookoła bungalowów, w których śpimy pasą się guźce i pawiany, można więc śmiało powiedzieć, że w Mole safari zaczyna się tuż za progiem twojego domu 🙂

Mole NP. Wędrując pośród słoni slider 1

Postanawiamy spędzić w Mole NP dwa dni – możemy wychodzić na poranne i popołudniowe safari z przewodnikiem a w południe odpoczywać i kąpać się w basenie (tak, mają tu nawet basen, za 15$ od osoby za noc!). Koszt samego safari jest też zdumiewająco niski – płacimy po 5$ od osoby za kilkugodzinny spacer po sawannie z strażnikiem. Niezbędnym – bo jak się okazuje spacerujemy pośród słoni !

Przyznam, że to przedziwne i trochę przerażające doświadczenie – teoretycznie mamy nie zbliżać się do nich na odległość bliższą niż 50 metrów, praktycznie różnie to wychodzi. Gdy stoimy w miejscu i  je obserwujemy to słonie same się do nas zbliżają – są przyzwyczajone do obecności ludzi, ale też i trochę nimi zaciekawione. W takim układzie złym pomysłem byłaby gwałtowna ucieczka – to mogłoby je zdenerwować, trzeba więc w spokoju sobie postać, tyle że już nie 50 metrów a maksimum 10 od tych potężnych zwierząt. Nasz przewodnik/strażnik parkowy nie okazuje nadmiernego zdenerwowania – wie, które z zwierząt może być niebezpieczne, tłumaczy nam jak zachowywać się w obecności tych olbrzymów. Zachwyceni, oszołomieni, ale i trochę wyczerpani (to jednak nieco stresujące stać kilkanaście metrów od słonia) – wracamy do bungalowu.