Liwonde NP. W drodze do parku. Poranne safari

Podstawowy problem każdego kto podróżuje niezależnie po Afryce – jak zobaczyć miejsca, do których nie da się dotrzeć transportem publicznym? Który jak już kilkakrotnie, we wcześniejszych artykułach pisałem, jest kiepski, rzadki i wcale nie tani. I co najważniejsze – jeździ raczej na głównych trasach, z rzadka jedynie docierając do mniejszych miejscowości.

Rozwiązań jest kilka: wynajem dżipa – mega drogie rozwiązanie, organizowane lokalnie wycieczki – wybitnie rzadka opcja (w zasadzie tylko w kampach przy parkach narodowych), mieszanka stopa (i tak płatnego) i długich spacerów – bardzo czasochłonne rozwiązanie.  No i jeszcze rowery i motorki – jak się jest twardzielem 😊

Liwonde NP. W drodze do parku. Poranne safari slider 1

Można też, wreszcie wynajmować coś w rodzaju taksówki czyli skrajnie zdezelowanego samochodu osobowego, który zazwyczaj służy do przewozu 6-8 osób. W układzie wynajmu, pojedzie tam gdzie chcemy, ale będziemy za to słono płacić. Kierowcy wiedzą, że nie mamy innego wyboru i ceny jakie zazwyczaj nam rzucają nijak się mają ani do kosztów paliwa ani tym bardziej jakości wozów jakie posiadają (czasami korelacja jest wręcz odwrotnie proporcjonalna – straszliwe trupy/samochody w Malawi czy Burkinie Faso będą droższe niż luksusowa taksówka w Polsce). Cóż – decyduje nieśmiertelne prawo podaży i popytu, Afryka to kapitalizm w najczystszej formie 😊

Do Parku Narodowego Liwonde tak właśnie docieramy, wynajmujemy zdezelowany samochód, który dowozi nas do jedynego kampu w okolicy. Chinguni Hills Lodge nie jest ani tani, ani tym bardziej nie oferuje dobrego standardu, ale innego wyboru nie mamy bo tylko z kampu możemy zorganizować safari do samego Parku Liwonde. Tym razem już się nie rozbijamy – znowu informują nas o stadach słoni, które regularnie pasą się na kampie. Potwierdza się to zresztą po chwili – stado słoni przepłasza i nas i malawijską obsługę.

Nocą zaś oblega nas już cała natura – słonie i hipopotamy tuż obok naszych glinianych domków (zwanych dla niepoznaki bungalowami😊)  a tysiące komarów w nich samych. Jeszcze nigdy nie przeżyłem takiego szturmu moskitów, choć trzeba przyznać, że w tej kwestii kamp stanął na wysokości zadania – potrójne moskitiery okazały się barierą nie do przebycia dla bzyczących najeźdźców.

Po takowych atrakcjach poranne safari jest już mało znaczącym wydarzeniem – zwierząt jest stosunkowo mało a „gajd” (przewodnik) kompletnie nie zainteresowany pokazaniem nam czegokolwiek. Ostatecznie udaje nam się zobaczyć kilka rzadkich gatunków – majestatyczne antylopowce szablorogie (Hippotragus niger), piękne kudu wielkie (Tragelaphus strepsiceros) i delikatne buszboki subsaharyjskie (Tragelaphus sylvaticus).

Park jest jednak nieco zaniedbany – lepsze czasy ma za sobą. I miejmy nadzieję, że przed nim. Piękne są za to potężne baobaby, z których słynie Liwonde. Główna atrakcja jednak przed nami – rejs małą łódką pomiędzy stadami hipopotamów i słoni na rzeczce Shire. O tym w następnym artykule.

Liwonde NP. W drodze do parku. Poranne safari slider 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *